Upcoming MatchNaprzód Janów vs UKH Unia Oświęcim (MHL)/3 października, 2020/Lodowisko Jantor MOSiR Katowice

Znani, ale zapomniani. Janusz Adamiec

W naszym nowym cyklu publikujemy wywiady z zawodnikami, którzy dołożyli sporą cegiełkę do rozwoju hokeja w Polsce, ale w ostatnim czasie nie znajdowali się na świeczniku. Trzykrotny olimpijczyk i strzelec ostatniej bramki na tym turnieju Janusz Adamiec opowiedział nam o miłości do Naprzodu Janów, a także o meczu nr 100 w reprezentacji Polski, który w statystykach widnieje jako nieoficjalny.

 

Zacznijmy od tego, co u Pana obecnie słychać?

Jestem emerytem, ale wciąż  prowadzę jako trener Kojotki Naprzód Janów, w żeńskiej kategorii żaka młodszego. Hokej towarzyszy mi więc niemalże przez całe życie.

Czy okres pandemii dał o sobie znać?

Nie, w okresie pandemii prowadziliśmy z dziewczynami treningi online. Wiadomo, wszyscy siedzieliśmy w domu i trzeba to było jakoś przetrwać. Musieliśmy przystosować się do nowych realiów, ale wszystko powoli wraca do normy.

Całą karierę spędził Pan w jednym klubie – Naprzodzie Janów. W obecnych czasach jest to wyczyn godny pochwały. Miłość do barw była tak wielka?

Pojawiały się oferty z kraju, nie miałem jednak serca opuścić Janowa. Zadecydowała więc moja miłość do tego klubu.

Czy w tamtych czasach nie marzył Pan o wyjeździe za granicę? Czy były opcje transferu zagranicznego?

Działaliśmy w tym kierunku razem z Krzysztofem Bujarem oraz Markiem Koszowskim, ale nigdy się nie udało. Nieraz były już takie sytuacje, kiedy to byliśmy o krok od podpisania kontraktu, ale okazywało się, że za granicą woleli Kanadyjczyka, niż Polaków.

Dwa tytuły wicemistrza Polski i trzy brązowe medale. W kolekcji brakuje tego złotego, najcenniejszego medalu. W którym sezonie było najbliżej?

W finale z Unią Oświęcim było bardzo blisko. Stoczyliśmy 7 meczów finałowych, niestety przegraliśmy decydujące starcie. Nasz poprzedni finał graliśmy z Polonią Bytom, lecz wtedy różnica była bardziej widoczna, chociażby ze względu na kadrowiczów.

591 meczów i 297 bramek – aż się prosiło aby zaokrąglić te liczby. Myślał Pan przed podjęciem decyzji o zakończeniu kariery aby jeszcze pograć te kilka meczów i dobić do 300 goli?

Wtedy statystyki nie były tak rozpowszechnione, więc nawet tego nie liczyłem. O swoim dorobku dowiedziałem się dopiero kilka lat potem. To były inne czasy, dzisiaj można sprawdzić wszystko na bieżąco, wszelkie dane są uzupełniane zaraz po meczach. Kiedyś nie było takich możliwości.

18 sezonów w lidze to jednak długowieczność. Przez tyle lat zawsze radość z gry była na podobnym poziomie?

Starałem się grać i trenować jak najlepiej dla klubu. Czasu jednak nie oszukałem, później było coraz ciężej. Co więcej, gdyby moi koledzy, jak Piotr Kwasigroch, Ireneusz Pacula, bracia Synowiec czy Jędrzej Kasperczyk, nie powyjeżdżali wtedy z klubu, to uważam, że w finale z Unią zrobiliby różnicę, a pierwszy tytuł mistrzowski zawitałby do Janowa.

Debiutu chyba Pan nie zapomni do końca życia? Wejście smoka w trzeciej tercji i zwycięska bramka na 3-2 z Tychami.

W tamtym meczu praktycznie nie grałem, dopiero w 3. tercji trener mnie wpuścił na prawe skrzydło. Tworzyłem wtedy formację z Janem Dronią oraz Józefem Gracą. Szczęśliwie się złożyło, że udało mi się strzelić bramkę już podczas pierwszej zmiany.

Występ na trzech Igrzyskach Olimpijskich to niebywały sukces i wyróżnienie. Który turniej wspomina Pan najmilej?

W mojej opinii najlepiej zaprezentowaliśmy się w 1988 roku w Calgary. Drużyna była bardzo dobrze przygotowana, dobrze wyglądaliśmy na początku. Później jednak na jaw wyszła sprawa z dopingiem Jarka Morawieckiego i wszystko legło w gruzach. O aferze dowiedzieliśmy się dopiero, gdy przyjechaliśmy na kolejny mecz, od kibiców. Nas o niczym nie poinformowano. Gdy usłyszeliśmy hasło „doping”, to drżeliśmy o nasze punkty w meczu z Francuzami, z którymi wygraliśmy 6:2. Wcześniej ulegliśmy 0:1 z Kanadyjczykami, zremisowaliśmy 1:1 z Szwedami. Niestety, później nastąpiły już zdecydowane porażki z Szwajcarią i Finlandią. Przedtem wyglądaliśmy naprawdę rewelacyjnie. W ostatnim meczu turnieju przedolimpijskiegoo rozegraliśmy bardzo wyrównane zawody z silną Czechosłowacją. Ich reprezentanci po porażce na inaugurację właściwej imprezy żartobliwie mówili, że rozbiliśmy ich na Alasce. Co prawda przegraliśmy tamten mecz minimalnie, ale każdy dawał z siebie wszystko, by jak najlepiej zaprezentować się przed igrzyskami.

W drużynie narodowej spędził Pan aż dziesięć lat. Z kim najlepiej się współpracowało na tafli?

Najdłużej pracowałem z trenerem Leszkiem Lejczykiem. Na lodzie najprzyjemniej mi się grało z Jankiem Sopczykiem, Henrykiem Gruthem, Jerzym Christem, był także Jurek Potz. Tworzyliśmy wtedy kolektyw. Hokej jest dyscypliną drużynową, gdzie nie liczą się indywidualizmy, a wsparcie całego zespołu.

W kadrze rozegrał Pan oficjalnie 99 meczów. Brakowało niewiele aby wejść do klubu 100. Były ponoć obietnice ze strony działaczy związku aby to Panu umożliwić. Czuje Pan delikatny niedosyt? W gazecie był nawet tytuł „Zagrać jeszcze raz”.

I rozegrałem ten setny mecz! Statystki w tym wypadku kłamią. Pamiętam, że zagraliśmy wtedy z Kanadą w Oświęcimiu. Nie mam pojęcia, z czego wynikają te nieścisłości. Niektóre źródła podają, że rozegrałem 100, inne że 99 meczów. Poprawna jest oczywiście pierwsza wersja.

Ostatnie powołanie dostał Pan w wieku 30 lat, więc nie był Pan aż tak zaawansowany wiekowo a jednak trenerzy kadry zrezygnowali z usług. Czy przygoda z kadrą mogła trwać dłużej, czuł się Pan wtedy w formie na grę w kadrze?

Tak, przejawiałem wtedy chęci gry. Trzeba mieć jednak na uwadze, iż dzisiaj zawodnicy są bardziej długowieczni. Różnica tkwi przede wszystkim w systemie treningowym, doborze ćwiczeń. Kiedyś zwracało się uwagę przede wszystkim na siłę, żartobliwie mówiąc, na przerzucanie żelastwa. Teraz byli zawodnicy narzekają na nadgarstki, kolana, a dzisiaj można grać dłużej. Wtedy 30-letni organizm był już wyniszczony. Co roku biegaliśmy, harowaliśmy na siłowni. Jasne, dzisiaj to też jest potrzebne, ale metody ćwiczeń są zupełnie inne. Na horyzoncie pojawili się młodsi następcy, a ja uważam, że 10-letnia przygoda z kadrą i tak jest sporym osiągnięciem.

W 1995 roku rozegrał Pan 500 mecz w barwach Naprzodu. Już wtedy myślał Pan o zakończeniu kariery w wieku 33 lat, jednak trwała ona jeszcze przez dwa kolejne sezony. Nie była to ostatecznie łatwa decyzja?

Decyzja była dla mnie ciężka, ale przyszła naturalnie. Nie odczuwałem już takiego zapału, radości z gry, co dawniej. Klub także zmienił się personalnie, moi rówieśnicy i nieco młodsi zawodnicy też już powoli odchodzili, pozostali najmłodsi. Nastąpiła zmiana pokoleń, później było mi ciężej.

Przez całą karierę praktycznie obyło się bez kontuzji. Właściwie na sam koniec kariery złamał Pan kość śródręcza. Za Pańskie zdrowie odpowiada szczęście czy dobre przygotowanie?

Zdarzały się drobne urazy. Rękę złamałem na Podhalu, oberwałem wtedy potężnie kijem. Na szczęście, lekarzom udało się odratować kość, mimo że nie wyglądało to zbyt ciekawie – była ona rozlegle popękana. Uważam jednak, że jeżeli sumiennie przepracuje się lato, to – przy odpowiednim szczęściu – nic złego nie spotka hokeistów. W hokeju liczy się naprawdę wiele aspektów fizycznych – bieganie, siła, wytrzymałość, które trzeba naprawdę dopieścić, aby ciało funkcjonowało w odpowiedni sposób.

Czy podczas tej kontuzji to wtedy wiedział Pan, że zbliża się pożegnanie z lodem?

Była wtedy dopiero połowa sezonu, a ja wciąż liczyłem, że wrócę do gry. Nie pogodziłem się wtedy z końcem kariery, robiłem wszystko, żeby się wyleczyć. Ile to już zdarzało się takich przypadków, kiedy rozcinało się łuk brwiowy czy brodę? Lekarz szybko nas łatał, a za 10 minut wchodziło się z powrotem na lód i grało się dalej.

Pana ostatni sezon w karierze dawał już znaki na gorsze czasy w Janowie. Czy z finansami już wtedy było „krucho”?

Tak, dokładnie tak było. Ciężko było przeskoczyć pewne bariery finansowe. Sytuacja cały czas się pogarszała, aż do momentu upadku naszych struktur. Klub założył spółki, które miały na siebie zarabiać oraz stwarzać warunki do uzyskania finansowej płynności. Potem jednak okazało się, że te pieniądze wychodziły gdzieś bokiem, zamiast być przeznaczane na założone cele.

W jednej z archiwalnych gazet pod Pana zdjęciem czytamy „Jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej fair grających zawodników”. Skąd wzięła się taka sportowa postawa?

Zawsze wychodziłem z założenia, że powinno się grać uczciwie, w duchu „fair play”. Nigdy nie podobała mi się na lodzie sylwetka typowego „brutala”, który wychodził na lód z założeniem zrobienia komuś krzywdy. Przecież osoba po drugiej strony barykady to również nasz kolega, którego powinniśmy szanować. Naturalnie, na lodzie wybuchały czasami małe sprzeczki czy spory, pojawiały się uderzenia, a nawet bijatyki. Hokej jest co prawda grą kontaktową, ale należy szanować zdrowie rywala.

Jeden z przykładów to gdy młody Kimel zdobył gola z pana podania z Podhalem, a gdy sędziowie pierwotnie przypisali je Panu… to podjechał Pan do stolika i poprosił o korektę. Natura dżentelmena?

To był zwykły koleżeński gest. Skoro on strzelił bramkę, to on powinien się z niej cieszyć i powinna być przypisana właśnie jemu. Jak już wspominałem, nie śledziliśmy wtedy naszych liczb, a ja nie jestem egoistą.

Jaką historię ma pseudonim „Truda”?

Bawiliśmy się przed domem, na placu zabaw. Koledzy i koleżanki wymyślali różne przezwiska, pseudonimy, a z racji, iż moja ciotka nazywała się Gertruda, to przylgnęła do mnie taka łatka, i tak już zostało (śmiech).

Młodszy brat Bogdan już w wieku 20 lat zrezygnował z hokeja. Nie miał takiego zacięcia do sportu jak Pan?

Najwyraźniej nie. Na początku przejawiał sporo zapału, ciągnęło go na lód, miał swoje minuty. Zabrakło mu jednak cierpliwości, nie potrafił wyczekać swojego czasu. Zabrakło mu też może nieco wytrwałości, by dbać o swoją  formę.

Jak obecnie Pan spogląda na Polski hokej. Czy liga open to dobre rozwiązanie?

Wciąż jestem zdania, iż powinniśmy stawiać przede wszystkim na naszą polską młodzież. Nie zamykam się jednak całkowicie na cudzoziemców. Z mojej kariery zawodniczej wspominam jeszcze, iż od zawodników z Rosji, a właściwie ówczesnego Związku Radzieckiego, mogliśmy się wiele nauczyć. Szczególną klasę prezentowali zwłaszcza obrońcy. Pamiętam, iż potrafili posłać podanie idealnie na łopatkę kija. Ich gra naprawdę cieszyła oko, z przyjemnością można było podpatrywać ich zagrania. Tak to właśnie powinno wyglądać, młodsi zawodnicy, którzy dopiero wchodzą do składu, powinni mieć autorytet, uczyć się od nich odpowiednich nawyków. To nie jest tak, że wchodzi się z drzwiami do pierwszej drużyny i od razu wszystko się umie. Nie możemy jednak całkowicie postawić na obcokrajowców. Gdzie wtedy będzie miejsce dla naszych chłopaków? W pierwszej lidze? To nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie może przyjść do nas ktoś, kto jest odpadkiem z zagranicy, ledwo liznął hokeja, a na naszych taflach uważa się za nie wiadomo kogo.

Szkolenie młodzieży – o tym się mówi od wielu lat. W czym leży problem? Czy dzieci nie garną się do tego sportu, przez co jest niska rywalizacja?

To smutne, ale dzieci nie garną się do hokeja. Wolą grać na PlayStation czy siedzieć na Facebooku. Jeżeli ktoś chce osiągnąć sukces, to musi się mocno w to zaangażować. Widzę jednak, iż w naszym klubie, zwłaszcza wśród chłopców, jest jednak sporo tej młodzieży. Nabór działa bardzo sprawnie, pokazały się też u nas dziewczynki. Nie może jednak dochodzić do sytuacji, kiedy przychodzi do nas dziewczyna z rocznika 2005 i pierwszy raz w życiu stoi na lodzie. To już powinien być poziom żaka starszego, a nawet PLHK. W takim wieku powinno się płynnie jeździć na łyżwach, sprawnie operować krążkiem, a nie uczyć się grać. Osobiście, swoją przygodę w Naprzodzie zaczynałem w wieku 10 lat. Teraz można przyjść już nawet jako 6-latek. Wszystko należy budować systematycznie, musimy stawiać odpowiednie szczeble, by młodzi adepci przemierzali kolejne kategorie wiekowe, rozwijając się harmonijnie.

Ma Pan więc nadzieję, iż klub pod rządami pani Anny Rehlich stanie na nogi i nie dojdzie już do takiej sytuacji jak za poprzedniego szefostwa?

Pani Ania prowadzi klub bardzo dobrze. Od kilku lat wszystko jest przejrzyste finansowo. Potrzebujemy jednak więcej pieniędzy, by stworzyć młodym adeptom perspektywy, dzięki seniorskiej drużynie, która będzie występowała na najwyższym szczeblu. Optymalnie by było, gdybyśmy posiadali zespół w ekstralidze, a także w 1. lidze. Jeżeli ktoś wyróżnia się na zapleczu, to powinien otrzymać szansę wyżej. Powinno to też działać w drugą stronę – gdy ktoś się nie przykłada, nie daje rady, to powinien odpocząć sobie niżej. Dobrze, że pani Ania założyła Kojotki, więc młodzież  z MUKS-u miała do kogo dołączyć. Hokej jest tutaj popularnym sportem wśród młodzieży. Męska grupa MUKS-u bez jej pomocy na pewno by upadła. Starsi zawodnicy rozeszliby się po Polsce, młodsi by zostali. Reszta natomiast by musiała zakończyć swoją przygodę.

W Janowie wiele się w ostatnim czasie działo, z akcją CBA na czele. Jak Pan obserwował to co się działo za ostatnich rządów prezesa Grycnera i upadku klubu?

Patrząc na jego dokonania, to należy oddać, iż Janusz Grycner wprowadził po tylu latach Naprzód do ekstraligi. Niestety, potem coś się popsuło, długi zaczęły narastać. Nie byłem wtedy blisko klubu, ale z tego, co słyszałem, to pojawiły się szemrane interesy prezesa. Pieniądze nie były równo dzielone pomiędzy grupami wiekowymi, seniorzy otrzymywali pieniądze przewidziane dla juniorów.

 

Źródło - https://www.hokej.net/pl/news,artykul,5,55401